Przejdź do głównej zawartości

"Nie wyrzucaj - wykorzystaj!"

Mój stacjonarny komputer to Dell Vostro 470.
Sporo zmodyfikowany. Przede wszystkim zmieniona obudowa na Antec Nine Hundred. Poza tym także wymieniłem inne elementy, o których pisałem już wcześniej we wpisie Nowe bebechy. Komputery tej serii mają kartę sieci bezprzewodowych. Analogiczne rozwiązanie do tego znanego z laptopów - karta, dwa przewody mocowane w gniazdach. W laptopach za matrycą jest także folia metalowa. Kable i folia po złożeniu tworzą kompletną antenę. W komputerze stacjonarnym funkcję folii spełnia obudowa.

Niestety jakiś czas temu przy zmianach w komputerze uszkodziłem przewody i antena do WiFi przestała działać. Długo musiałem korzystać z połączenia kablowego, ale z racji, że mamy w domu mnóstwo kabli to kolejny wcale nie jest dobrym rozwiązaniem. 

Dziś mnie olśniło. Przypomniałem sobie, że mamy w domu dwa stare laptopy, które z jakichś (dziś już zapomnianych powodów) nie zostały wyrzucone na elektrośmieci. Postanowiłem rozebrać jednego i zobaczyć czy przewody anteny będą pasować, a jeśli tak to czy będzie działać połączenie bezprzewodowe. Karta WLAN wygląda dosłownie jak wyjęta z laptopa.



Laptopem - dawcą części został Samsung R540 zakupiony kiedyś od koleżanki. Cały proces zacząłem od odkręcania śrubek na dnie obudowy. 
Tak, dokładnie. Wysłużony, stary laptop. Nie będę ukrywać, że leżał w kącie i nikt się nim nie interesował, kurzył się. Najpierw odkręciłem pokrywę RAM. Pamiętałem, że pod nią jest karta WLAN. Sprawdziłem połączenia z anteną - wydawały się być analogiczne do tych z kart widocznej wyżej.  


Następnym krokiem było zdjęcie całego dna obudowy. Odkręcenie tylu śrubek (dzięki Ci Samsungu...) jest strasznie denerwujące - zajmuje niesamowicie dużo czasu. Jakoś jednak trzeba było się do tej karty WiFi oraz anteny dostać. W niektórych miejscach trzeba było użyć odrobiny perswazji... jeśli siła argumentów nie działa to może argument siły podziała? 
Śrubokręt pomógł zdjąć dno z zaczepów. Niestety - okazało się, że nie wszystkie śrubki odkręciłem (a o tym byłem święcie przekonany). Poszukiwanie kolejnych szło etapami wraz z rozdzielaniem elementów - gdzie widziałem opór to w obudowie szukałem śruby bądź zaczepu. Tak doszedłem do dwóch ostatnich śrub.
O ile lewa dała się odkręcić bez żadnych problemów to niestety prawa sprawiła na tyle ich dużo, że postanowiłem przeciąć obudowę w tym miejscu, żeby móc ją do końca rozłożyć. 

Po zdjęciu klawiatury mogłem dostać się w końcu do płyty głównej. 
Nie musiałem wyjmować całej płyty. Udało mi się odpiąć przewody anteny i wyjąć je ze specjalnych uchwytów prowadzących do matrycy. 
Jak w innych tego typu urządzeniach przewody anteny poprowadzone są poprzez zatrzaski pokrywy laptopa. Ich rozkręcenie wcale nie było takie proste jak mogło się wydawać. Zanim rozkręciłem zatrzaski musiałem usunąć jeszcze porty USB z prawej strony laptopa.
Teraz wolna droga do odkręcenia zawiasów pokrywy. Przy każdej z tych operacji musiałem uważać na przewody do anteny. Są naprawdę delikatne.

Matryca, pod którą jest zamontowana antena, zabezpieczona jest ramką matrycy. Ta przymocowana jest za pomocą ukrytych śrub (więcej śrubek! :)).

Odkręciłem wszystkie. Tym razem nie było żadnych problemów. Zdjąłem ramkę i zobaczyłem matrycę. Tę z kolei wystarczyło podnieść. Nie była niczym przymocowana poza ramką.
Pod nią znajdował się mój skarb. 
Delikatnie odkleiłem przewody i podpiąłem do karty wyjętej z komputera stacjonarnego. Gniazda pasowały. Pierwszy test - pozytywny. 
No to teraz zamontować w komputerze i sprawdzić czy znajdzie moją sieć. 

Po odpaleniu systemu włączyłem sieć WiFi. Efekty? Naprawdę świetne - komputer mając zapisane dane logowania podłączył się do sieci za pierwszym razem. Całą tę notkę napisałem korzystając z WiFi. 
Wnioski?
Warto przemyśleć wyrzucanie elektroniki na śmietnik. Tak naprawdę nie wiemy kiedy i co może nam się przydać. Nie oznacza to, że mamy jak chomiki wszystko zbierać, ale warto naprawdę czasem mocno się zastanowić nad czymś, co może w przyszłości nam się jeszcze przydać - chociażby jako dawca części dla innego sprzętu. Ja cieszę się siecią bezprzewodową i jednym kablem na podłodze mniej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

DEJ mnie ten kąputer. Mam horom curke...

Wszystkim DEJom... Jestem członkiem różnych grup dyskusyjnych na Facebooku. Jedną z nich jest Spotted: Dej . Grupa zrzesza ludzi wyśmiewających wszelkie przejawy "DEJ" czyli typowo roszczeniowej postawy wszelakich "madek" i "tatełów" - ludzi, którzy zasłaniając się dobrem dzieci chcą wycisnąć ze wszelkich możliwych programów socjalnych jak najwięcej tylko się da - jak sok z cytryny. Ludzie ci najczęściej posługują się łamaną polszczyzną, brakuje im nawet podstaw wykształcenia ekonomicznego przez co nie rozumieją, że wszystkie programy socjalne muszą spowodować podniesienie cen i podatków, ludzie, którzy tylko by brali, brali, brali... Artykuł , który rozpoczął całą dyskusję na moment pisania notki (2020-03-31 g. 21:33) ma 221 komentarzy. Chyba nigdy tyle nigdzie nie było pod moimi postami - nawet za najlepszych czasów forów internetowych. O co chodzi w artykule? Rząd przekazuje kolejne pieniądze na świadczenia socjalne. Tym razem na zakupów komputer...

Praca na uczelni ma wiele zalet.

Jest coś szczególnego w pracy adminów na uczelniach. W przeciwieństwie do firm gdzie pracowałem – zarówno korporacji jak i małych czy średnich przedsiębiorstw tutaj nie ma pośpiechu. No, zazwyczaj go nie ma. W większości przypadków moja praca wygląda w ten sposób, że robię listę zadań do wykonania, następnie staram się wymyślić jak coś zrobić i jeśli spełnia kryteria to robię to. Plan pracy na tydzień jest dla mnie ważnym elementem. Harmonogram pozwala mi przewidzieć ile czasu potrzebuję na każde zagadnienie. Najwięcej dzieje się w poniedziałki. Sprawdzam po weekendzie czy wszystko działa jak należy, czy nic się przez te dwa dni nie wyłożyło, czy nie trzeba czegoś pilnie poprawić. Z każdym kolejnym dniem zadań jest coraz mniej. Piątki staram się przeznaczać na rozwój – czytam artykuły, książki, a niedługo pewnie wrócę do szkoleń online. Stereotyp mówi, że admin to człowiek oglądający przez cały dzień śmieszne koty w Internecie. Jak w każdej legendzie i tutaj jest ziarno prawdy. Na ucz...

Wirtualizacja - czym jest i po co nam w ogóle?

Dawno, dawno temu... Dawno temu zasady były proste - jeden komputer to jeden system operacyjny. Co prawda już w latach 60-tych XX w. pojawiały się próby wirtualizacji czyli maksymalnego wykorzystania przez oprogramowanie systemowe jednak o pełnej wirtualizacji możemy mówić  dopiero od połowy poprzedniej dekady XXI w. Wcześniej by budować maszyny wirtualne potrzebne były olbrzymie komputery, a same maszyny zazwyczaj były kopiami bazowego systemu operacyjnego, co zwiększało wykorzystanie procesora. Wraz z osiągnięciem odpowiedniej mocy obliczeniowej przez komputery osobiste oraz serwery należące do firm czy instytucji publicznych prace nad wirtualizacją przyspieszyły. Dzięki staraniom producentów oprogramowania możemy dziś dzielić nie tylko zasoby procesora (CPU) lecz także pamięci swobodnego dostępu (RAM) czy zasobów dyskowych (HDD/SSHD/SSD). Większość oprogramowania, które dostępne jest dla profesjonalistów możemy zainstalować w domu, na naszych komputerach stacjonarnych czy l...